Recenzja - „World of Warcraft: Warlords of Draenor”

Recenzja - „World of Warcraft: Warlords of Draenor”

autor: Tomasz Domański, data publikacji: 06-01-2015

To już piąty dodatek do „WOW-a”, który mimo swoich dziesiątych urodzin nadal pozostaje najpopularniejszą grą MMO na rynku. Tym razem Blizzard nie zdecydował się na wprowadzenie nowych ras ani kolejnej grywalnej klasy postaci. Twórcy postawili na usprawnienie mechaniki, poprawę wyglądu gry oraz na bardzo dopracowany dodatek, jeśli chodzi o lokacje, zadania, lochy i raidy, które zwiedzi większość graczy.

„Warlords of Draenor” zwiększa maksymalny poziom, jaki może osiągnąć nasza postać do 100. Co najlepsze: Blizzard zdaje sobie sprawę, że start od zera może odstraszyć niektórych, dlatego też razem z dodatkiem otrzymujemy jednorazową opcję zwiększenia poziomu doświadczenia wybranej przez nas postaci do 90, dzięki czemu nowi i powracający gracze mogą od razu rozpocząć zwiedzanie nowej krainy: Draenoru, czyli wersji Outland (znanej z „The Burning Crusade”) z przeszłości. To właśnie tu schronił się Garrosh Hellscream, który stanął na czele Żelaznej Hordy i planuje podbić Azeroth. Hellscream będzie też końcowym bossem tego dodatku. Zanim jednak gracze skonfrontują się z tym porywczym orkiem, czeka na nich 7 nowych pięcioosobowych lochów oraz 2 raidy (kolejne dodawane będą przez aktualizacje). Nowy kontynent składa się z 8 lokacji, które nie imponują swoim rozmiarem. Co prawda gracze zwiedzający Draenor (na razie) nie mogą korzystać z latających wierzchowców, przez co nowe strefy wydają się trochę większe, jednak nie jest to długoterminowe rozwiązanie.

10 lat robi swoje

Jeśli skończyliście swoją przygodę z „WoW-em” jakiś czas temu i zastanawiacie się, czy warto do gry wrócić za sprawą nowego dodatku, to niestety nie jestem w stanie udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Gra zgodnie z obietnicami rzeczywiście wygląda lepiej, jednak nawet po liftingu widać, że mamy do czynienia z 10-letnią produkcją. Liczyłem również na to, że Blizzard po kompletnej rewolucji przeprowadzonej w drzewkach talentów i umiejętności zrobi coś z samą mechaniką questów. Przeliczyłem się. W piątym dodatku nadal trzeba znaleźć 10 tego, zabić 20 tamtych i przynieść 15 tamtego. Sytuację nieco ratuje fakt, że w Draenorze gracze po raz pierwszy w historii gry otrzymują swój własny kawałek świata – garnizon wojskowy. Oprócz jego rozbudowy możemy rekrutować swoich komputerowych towarzyszy broni, wysyłać ich na misje lub wzywać do pomocy w walce. Niestety zarządzanie garnizonem zmienia się w codzienny obowiązek, który szybko przestaje sprawiać jakąkolwiek satysfakcję. Niestety niektóre zasoby do rozwoju umiejętności postaci związanych z rzemiosłem da się uzyskać tylko z garnizonu, więc siłą rzeczy, czy komuś się to podoba, czy nie, te kilkanaście minut dziennie będzie musiał spędzić na „zabawę w dom”.

Poziom trudności pozostawia wiele do życzenia

Niestety „Warlords of Draenor” nie spełniło moich wszystkich wymagań. Blizzard sugerował, że poziom trudności przypominać będzie ten z „The Burning Crusade” (w końcu ponownie wracamy do Outland, tyle że w innej wersji) – nie mogę się z tym zgodzić. Moim zdaniem „Wrath of The Lich King” był trudniejszym dodatkiem niż „Draenor”. Twórcy borykają się również z problemami balansu klas postaci. Tyczy się to zarówno trybu PvE, jak i PvP. Niektórzy weterani decydują się przez to nawet na zmianę klasy swojego bohatera – nie wystawia to grze zbyt dobrego świadectwa.

Czy warto?

„Warlords of Draenor” to ten sam odgrzewany kotlet, serwowany nam od dziesięciu lat. Blizzard stara się eksperymentować z formułą swojej gry i dostosować jej wygląd do standardów z 2014 roku, jednak moim zdaniem nie robi tego w dostatecznym stopniu. Drobny lifting już nie wystarczy. Ci, którzy nadal grają, powinni być zadowoleni z „Warlords of Draenor”, wydaje mi się jednak, że weterani, którym „WoW” znudził się kilka dodatków temu, jeśli wrócą, to tylko na chwilę. Szkoda.

Źródło okładki: www.blizzard.com


podziel się

może Cię również zainteresować