Recenzja Wolfenstein: The Old Blood

Recenzja Wolfenstein: The Old Blood

autor: Paweł Olszewski, data publikacji: 09-06-2015

The Old Blood, samodzielne rozszerzenie do wydanego w 2014 roku Wolfensteina: The New Order, gwarantuje dwa razy więcej zabawy niż najnowsze Call of Duty czy Battlefield. Za dwa razy mniejsze pieniądze.

Mowa oczywiście o graczach, którzy nad chaotyczne i w gruncie rzeczy powtarzalne bieganie po sieciowych arenach przedkładają samotną przygodę przed komputerem lub konsolą. Dodatek, podobnie jak podstawowa wersja gry, znów jest więc ukłonem w stronę klasyki singlowych strzelanin. I to ukłonem podwójnym, bo ponownie pozwala się nam wcielić w agenta Blazkowicza, który na growym poletku ma równie wiele zasług, co Lara Croft czy nawet bardziej Duke Nukem. O ile jednak odświeżony „książę” zupełnie nie poradził sobie w dzisiejszych czasach, tak B.J. wypada wręcz wzorcowo.

wolfenstein_r___the_old_blood_20150516193810.jpg

Return to Castle Wolfenstein

Zmieniają się czasy i generacje gier, ale jedno pozostaje po staremu – pełna hitlerowców twierdza Wolfenstein, którą można infiltrować na dwa sposoby. Z dwoma karabinami w obu rękach lub wręcz przeciwnie, z nożem i pistoletem z tłumikiem. Kwestia gustu, choć należy zaznaczyć, że gra jest o wiele trudniejsza od swojego poprzednika. Po wszczęciu alarmu ciężko przeżyć dłużej niż kilka minut, ale w końcu mowa o pozycji dla fanów, którzy „podstawkę” mają już w małym paluszku.

wolfenstein_r___the_old_blood_20150516194743.jpg

Starcia są więc trudne, trudno też ich uniknąć. Strażnicy mają sokoli wzrok, potrafią się też wzajemnie nawoływać czy wzywać posiłki, co może sprawiać wrażenie nieskończonych fal wrogów niczym w Call of Duty. Kluczem jest więc ciche wyeliminowanie mających radiowy kontakt z bazą dowódców. Bez nich mamy gwarancję, że na mapie nie pojawią się nowi strażnicy. A starzy zostają wtedy zdani na naszą łaskę. Dosłownie, bo w tym momencie nie wszystkich trzeba zabijać. Korzystając z minimalnie różniących się ścieżek, da się ominąć niektórych z nich.

wolfenstein_r___the_old_blood_20150516195117.jpg

Volksgrafiken

Choć Wolfenstein: The Old Blood powstał w Skandynawii, to prezentuje solidny, aż chciałoby się powiedzieć niemiecki poziom. Wszystko działa w wysokiej rozdzielczości i płynnej animacji. Wygląda bardzo ładnie, choć nie ma co ukrywać, że momentami może brakować tu rozmachu i fantazji. Sięgając do motoryzacyjnych analogii, bliżej tu do Volkswagena Polo niż Seata Ibizy.

wolfenstein_r___the_old_blood_20150516212014.jpg

Tytułowa twierdza robi wrażenie z zewnątrz, od środka nie czuć jednak tego ogromu, bo odwiedzamy raptem parę pięter i kilkanaście pomieszczeń. Plusem jest natomiast to, że twierdzę w widowiskowy sposób opuszczamy, docierając do uroczej bawarskiej wioski, a później jeszcze dalej, gdzie rozgrywka mocno się zmienia. Nowy typ przeciwników i, co za tym idzie atmosfera, były dla mnie miłym odświeżeniem końcówki gry.

wolfenstein_r___the_old_blood_20150516212321.jpg

Fa(buła)

Znający The New Order gracze zawiedzeni mogą być wątkiem fabularnym. Nie chodzi już nawet o to, że akcja cofa się przed wydarzenia z Wolfenstein: The New Order i w sumie niewiele do nich wnosi, ale fakt, że narracja została tu potraktowana po macoszemu. Zeszłoroczny Wolfenstein zauroczył graczy nie tylko świetną mechaniką strzelania i ciekawym światem gry (co by było gdyby III Rzesza wygrała II wojnę), ale przede wszystkim historią. Wyraźnie zarysowanymi sylwetkami bohaterów, nawet tych drugoplanowych. Przekonującymi dialogami i zaskakującą, jak na tę serię, głębią historii. W The Old Blood niewiele z tego zostało, bo nawet ciekawie wyreżyserowane sceny przerywnikowe zastąpiono tutaj krótkimi ujęciami z oczu bohatera. Siłą rzeczy narracja mocno na tym ucierpiała, ale możemy tu przymknąć oko i powiedzieć, że to trzeci z rzędu ukłon w stronę „starej szkoły”. W końcu kiedyś fabuła w grach akcji też odgrywała marginalne znaczenie.

wolfenstein_r___the_old_blood_20150517195907.jpg

Długość ma znaczenie

Narracyjna płycizna byłaby wadą w pełnoprawnej grze. Tu warto jednak przypomnieć, że mamy do czynienia z dodatkiem, czyli z definicji czymś mniejszym, prostszym i krótszym. W tym przypadku krótszym od zeszłorocznego Wolfensteina, ale jednocześnie dłuższym od wielu konkurencyjnych strzelanin. Do ośmiu godzin gry w The Old Blood należy dodać jeszcze czas na niezobowiązującą zabawę w trybie wyzwań, gdzie odpieramy fale wrogów. Jak widać multiplayera tu nie ma, ale grania wciąż jest co nie miara.

wolfenstein_r___the_old_blood_20150517200624_1.jpg

W The Old Blood warto zagrać, ale koniecznie po uprzednim zaznajomieniu się z podstawową wersją gry. Fakt, że dodatek jest od niej niezależny, może sugerować, że kolejność nie ma znaczenia. Ma, i to ogromne. Niezachowanie jej można porównać do rozpoczęcia obfitego obiadu od deseru. Po ładunku pustych kalorii możne nam już braknąć siły na to, co najważniejsze. Po głównym daniu deser jednak zawsze się mieści.

wolfenstein_r___the_old_blood_20150517203151_1.jpg