„Owieczki dobre, owieczki złe” Joanna Cannon – recenzja

„Owieczki dobre, owieczki złe” Joanna Cannon – recenzja

Okrzyknięty literackim objawieniem debiut Joanny Cannon z miejsca stał się bestsellerem i zdobył prestiżowe nagrody. Umiejętne połączenie opowiastki filozoficznej z kryminałem i typowo brytyjskim humorem robi wrażenie.

udostępnij

Igor NowińskiIgor Nowiński / 08-11-2016

Wszyscy lubimy plotkować i poznawać głęboko skrywane sekrety innych. Ta postawa, do której niechętnie przecież przyznajemy się publicznie, to powód wielkiego powodzenia w ostatnich latach takich seriali, jak: „Gossip Girl” czy „Gotowe na wszystko”. W literaturze też lubimy poznawać skrywane przez bohaterów sekrety, więc nie dziwi mnie fakt, że powieściowy debiut Joanny Cannon, zatytułowany „Owieczki dobre, owieczki złe”, odniósł tak wielki sukces.

W poszukiwaniu zaginionego… Boga

Akcja „Owieczek” rozgrywa się głównie w drugiej połowie lat 70., na jednej z eleganckich uliczek spokojnego z pozoru miasteczka. Ten spokój pewnego dnia zakłóca jednak tajemnicze zniknięcie pewnej mieszkanki. Pani Creasy była powszechnie lubiana, poświęcała czas dla przyjaciół i sąsiadów, zawsze służyła im pomocą oraz radą. Nic dziwnego, że jej zaginięcie wzbudza w nich duży niepokój. Co ciekawe, największą motywację do rozwiązania tej zagadki mają nie dorośli, lecz… dwie 9-letnie dziewczynki, Grace i Tilly.

Młodziutkie panie detektyw postanawiają odnaleźć sąsiadkę, a po rady kierują się do pobliskiego kościoła. Tam ksiądz sugeruje im, że najpierw powinny spróbować odnaleźć Boga, bo to jego obecność (wszędzie!) sprawia, że ludzie czują się pewni i bezpieczni. Dziewczynki nie do końca rozumieją, co oznacza, że Bóg jest wszechobecny, więc postanawiają udać się na jego poszukiwania, odwiedzając przy okazji większość mieszkańców swojej ulicy. Szybko okazuje się, że ich sąsiedzi, z pozoru zupełnie nieciekawi, a wręcz nudni, skrywają za tą fasadą wiele sekretów. Niektóre bawią, inne zaskakują, są też takie, które przerażają. W między czasie jasne staje się też, że mieszkańcy uliczki ukrywają tajemnicę sprzed lat, która łączy ich wszystkich i mogła mieć związek ze zniknięciem pani Creasy.

Mieszanka gatunków

„Owieczki dobre, owieczki złe” już na okładce określono, choć trochę na wyrost, mianem „kryminału filozoficznego”. Cannon rzeczywiście ukryła pod płaszczykiem wciągającego kryminału sporo prawd o stanie ludzkiej natury, jednak więcej niż filozofii jest tu nawiązań do chrześcijaństwa. Już sam tytuł inspirowany jest przecież biblijnymi opowieściami. Nie ma w tym jednak nic odstręczającego, autorka nie narzuca nam swoich poglądów, a część z nich, zestawionych z kryminalną zagadką, zaskakuje swoją świeżością i aktualnością. Książka jest jednak przede wszystkim historią o ludziach i skrywanych przez nich sekretach. Również o tym, że każdy z nas nosi w sobie coś, czego nie chciałby zdradzić innym, nawet najbliższym. Nie chodzi tu jednak tylko o wywlekanie brudów i karmienie się plotkami. Autorka starała się raczej pokazać, że tak naprawdę sami nie wiemy o sobie zbyt wiele i często (a może zawsze) pochopnie oceniamy innych, niezależnie od stopnia zażyłości łączącej nas z nimi relacji.

Cannon, co istotne, jest też z wykształcenia lekarzem psychiatrą. Błyskotliwie wykorzystuje swoją wiedzę o ludzkim umyśle i genezach wielu naszych zachowań. Jest też, co jasne, bardzo wyczulona na te grupy, które zwykle są odrzucane przez większość i traktowane przez nią z góry.Książka nie jest wolna od drobnych niedociągnięć, jednak całość pozostaje tak urocza, że naprawdę trudno czepiać się Joanny Cannon o te wpadki. Autorka oferuje ciekawe, świeże spojrzenie na mentalność Brytyjczyków, która nie tylko zbytnio nie zmieniła się przez ostatnie dekady, a w dodatku… wcale nie różni się za bardzo od naszej – polskiej.

Źródło okładki: www.amber.com.pl
Czy ten artykuł był pomocny?

Korzystanie z serwisu oznacza akceptację regulaminu

Allegro