„Mała Zagłada” Anna Janko – recenzja

„Mała Zagłada” Anna Janko – recenzja

autor: Piotr Chojnacki, data: 05-02-2015

Większość wojennych wspomnień kończy się w maju 1945 roku. Koszmar się skończył, można wracać do normalnego życia. Czy aby jednak na pewno normalnego? Czy przeżyte traumy, doznane okrucieństwa można zapomnieć, czy można funkcjonować tak, jakby tego wszystkiego nie było?

Anna Janko pokazuje, że bez względu na to, jak bardzo próbowałoby się takie przeżycia wyprzeć z umysłu, to będą one wracać. Co więcej – będą także oddziaływać na następne pokolenia, które często nie będą sobie zdawać sprawy z tego, co jest przyczyną chorób rodziców i ich własnych, co odpowiada za rozpad rodziny czy własne bolesne przejścia.

Pacyfikacja

1 czerwca 1943 do wsi Sochy na Zamojszczyźnie wkroczył niemiecki oddział. Żołnierze podpalali zabudowania i strzelali do każdego, kogo zauważyli, bez różnicy wieku i płci. Miał to być odwet za sprzyjanie partyzantom. Rodzice ginęli na oczach dzieci, niemowlęta w ramionach matek. Również dziewięcioletnia Terenia Ferenc straciła rodziców, została sama z dwójką młodszego rodzeństwa.

Płacz bez powodu, duszności w tłumie, okresy przygnębienia, wreszcie choroba serca – to wszystko skutki tamtych przeżyć. Z tą traumą nie uporała się do końca życia, zmagać się z nią musiała również jej córka. „Wyobrażam sobie albo pamiętam. Strach jest rodzajem pamięci, mogę więc tak powiedzieć. Strach dziedziczny, przekazany w życiu prenatalnym, wyssany z mlekiem matki, strach, który ma uchronić młode przed niebezpieczeństwem”. Nie tylko jednak ten strach matka przekazała córce. Zmusiła ją też, by szybciej dojrzała i odebrała dziecku poczucie bezpieczeństwa: „Moja mała mama, nieraz tak o tobie myślałam. Bywałam matką swej matki. Często czułam, że wymagasz szczególnej opieki. [...] Byłam dzieckiem podległym matce, musiałam jej słuchać, a zarazem matkowałam jej i bywałam większa od niej”.

Terapia

„Mała Zagłada” to próba rozprawienia się z psychicznym balastem ciążącym na rodzinie. Janko rekonstruuje wydarzenia w Sochach i późniejsze losy ocalonych, posługując się wspomnieniami matki, relacjami mieszkańców wsi, dokumentami. Powstaje z tego ciąg przejmujących, niekiedy bardzo bolesnych obrazów: co się działo tuż przed przybyciem Niemców; co w chwili, gdy wkroczyli; jak się ratowano, gdzie ukrywano; jak zginął ojciec, jak matka, brat, sąsiadka... Jak to się stało, że ktokolwiek ocalał – czy dzięki kryjówce, czy dlatego, że Niemiec spudłował, może celowo...

Sam powrót do pacyfikacji to jednak za mało, by zrealizować cel. Trzeba się dowiedzieć, dlaczego Niemcy mordowali, w imię jakiej ideologii; kim byli mordercy – zwyrodnialcami czy przykładnymi ojcami rodzin; skąd w ludziach dążenie do unicestwiania innych. Tu Janko sięga po literaturę, nie tylko tę dotyczącą nazizmu, ale w ogóle mechanizmów ludobójstwa, szuka podobieństw, modeli. O ile jednak opis pacyfikacji Soch i losów jej mieszkańców oraz wpływu ich przeżyć na dalsze życie ich samych i ich dzieci jest przejmujący i ważny, o tyle rozważania o naturze zbrodni i zbrodniarzy są już wypisami z lektur, mocno uproszczonymi. W tych partiach książka traci swój najważniejszy atut: to, że wypływa z bardzo osobistych przeżyć; przestaje brzmieć tak autentycznie, a przez to dużo słabiej oddziałuje na czytelnika.

Bez względu jednak na tę słabość „Mała Zagłada” ma szansę stać się ważnym współczesnym głosem przypominającym o drugiej wojnie i popełnionych w jej trakcie zbrodniach, gdyż pokazuje, że nie są to sprawy minione i że wciąż oddziałują na życie ludzi, którzy urodzili się nawet wiele lat po jej zakończeniu.

Źródło okładki: www.wydawnictwoliterackie.pl


podziel się

może Cię również zainteresować