„Jeszcze jeden oddech” Paul Kalanithi – recenzja

„Jeszcze jeden oddech” Paul Kalanithi – recenzja

autor: Paulina Surniak, data publikacji: 17-11-2016

Wszyscy umrzemy, ale ta prosta prawda nie jest czymś, co łatwo przyznajemy. Odpychamy myśli o własnej śmierci, a jednocześnie jesteśmy dziwnie zafascynowani umieraniem innych – zatrzymujemy się na widok wypadku, oglądamy z lekkim drżeniem serca sportowców ekstremalnych. Czy zatem powinniśmy sięgać po książkę człowieka, który pisząc ją wiedział, że odchodzi z tego świata? Czy należy się jej bać? Odpowiem krótko: nie pożałujecie ani jednej minuty, którą spędzicie na lekturze.

Historia Paula Kalanithi jest naprawdę przejmująca. 36-latek był u końca długiej drogi do tego, by zostać neurochirurgiem, kiedy dowiedział się, że ma złośliwego raka płuc. Zmarł kilkanaście miesięcy po usłyszeniu diagnozy, w międzyczasie jednak zdołał dokończyć rezydenturę, napisać książkę i wspólnie z żoną podjąć decyzję o dziecku. Odszedł, gdy jego córeczka miała osiem miesięcy.

Wizyta osobista

Kalanithi próbował różnych ścieżek życiowych, zanim zdecydował się studiować medycynę. Pochodził z lekarskiej rodziny, a profesja ta kojarzyła mu się przede wszystkim z nieobecnością rodziców wiecznie zajętych pracą. Jego pasją była literatura, studiował na kilku kierunkach, pisał pracę o poezji. Ostatecznie jednak zdał sobie sprawę, że tylko jako lekarz odnajdzie sens życia, że woli działanie od filozofowania.

Neurochirurgia była jednak wyjątkowo trudnym wyborem. Ta specjalizacja to powołanie, a staż na niej to jedno z najtrudniejszych doświadczeń, jakie można sobie wyobrazić. Rezydenci muszą być niezwykle wytrenowani (autorowi książki poradzono, by jadł tylko lewą ręką, żeby podnieść jej sprawność), odporni (Kalanithi pracował ponad 100 godzin tygodniowo), posiadać rozległą wiedzę, a także wyjątkową odporność psychiczną, która pozwoli im znieść świadomość konsekwencji własnych błędów. Kalanithi wielokrotnie stykał się z tragediami i ze śmiercią, jednak dopiero kiedy z lekarza stał się pacjentem, zrozumiał, co one znaczą. „Śmierć, tak dobrze mi znana z pracy, tym razem przyszła z wizytą osobistą. Oto się spotykaliśmy twarzą w twarz, a mimo to wyglądała nieznajomo” – napisał.

Brak lęku

Tym, co uderza, jest odwaga autora, który zarówno w zdrowiu, jak i w chorobie, nie boi się cierpienia. Ból jest dla niego dowodem na to, że żyjemy, a Kalanithi żył naprawdę intensywnie. Po usłyszeniu diagnozy od razu nachodzi go myśl o dziecku, o które wraz z żoną planowali się starać, kiedy on zakończy rezydenturę. Początkowo ona nie jest przekonana, boi się, że opieka nad niemowlęciem zabierze resztki czasu, który im pozostał, a także martwi się, że pożegnanie z dzieckiem uczyni jego śmierć jeszcze bardziej bolesną. On się jednak tym nie przejmuje, uważa, że to będzie dobre, że tak właśnie powinno być.

„Jeszcze jeden oddech” to zaskakująca lektura, nie tyle o śmierci, ile o życiu w jej obliczu. Zmusza czytelnika do przyznania się, że jest śmiertelny – w końcu nikt z nas, decydując się na dziecko, nie wie, czy będzie żyć dość długo, by obserwować jego dorastanie. Nie chodzi jednak o to, ile miesięcy czy lat zostaniemy na tym świecie, ale o to, co z tym czasem zrobimy. Kalanithi potrafił wykorzystać go doskonale i napisał o tym bez patosu, ale poruszająco i mądrze.

Źródło okładki: http://www.wydawnictwoliterackie.pl/

  
podziel się

może Cię również zainteresować