Guitar Hero Live – recenzja

Guitar Hero Live – recenzja

autor: Tomek Stachurski, data publikacji: 24-02-2016

Guitar Hero Live to najlepszy dowód na to, że nawet w ramach jednej zwartej serii jest miejsce na małą rewolucję – taką właśnie rewolucją jest nowe Guitar Hero. Seria powróciła po kilku długich latach i ze wszystkich znaków na niebie wynika, że warto było czekać. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że na tę chwilę jest to najlepsza gra muzyczna w ogóle. Powiem tak: twórcy wszelkiej maści „taśmówek” w stylu Assassins Creed powinni postawić sobie Guitar Hero Live za wzór. Czasem warto dać odsapnąć marce te kilka lat, by potem powrócić ze zdwojoną siłą.

Prawie jak gitara

Studio FreeStyle Games (twórcy m.in. DJ Hero) postawiło na rewolucję i zrobiło to dobrze. Ich Guitar Hero Live wprawdzie niewiele zmieniło się pod kątem samej rozgrywki, ale tutaj akurat nie było specjalnie co zmieniać. Gracz łapie więc za gitarę i uderza w odpowiednie przyciski, które wyskakują mu na ekranie, by odegrać dany kawałek. Zmiany dotyczą jednak... całej reszty. Nawet samej gitary, która zyskała przy okazji trochę charakteru. Wciąż mamy do czynienia z zabawką, ale nie da się ukryć, że ta operacja plastyczna się udała.

1c4f4a7e1369148e79352ab43560763c.jpg

Nowa wersja gitary kusi teraz stonowaną czernią, żółtymi wykończeniami i... totalnie zmienionym rozkładem przycisków – zamiast czterech wielkich w jednym rzędzie mamy po trzy w dwóch rzędach. Zabieg ciekawy i, co ważniejsze, trafiony, bo – choć gry trzeba uczyć się na nowo – proces stopniowego okiełznywania tego urządzenia jest niezwykle satysfakcjonujący. Oprócz tego „dwurzędowa” rozgrywka siłą rzeczy bardziej przypomina prawdziwą grę na gitarze, a to przekłada się na o wiele większą „wczuwkę”, „feeling” i tak dalej.

guitar-hero-live.jpg

Koncertowanie na ekranie

Guitar Hero Liveoferuje rozgrywkę w dwóch różnych trybach. Również tutaj doszło do dużych zmian, które z pewnością wychwycą nawet najmniej zaznajomieni z serią. Tryb dla jednego gracza to oczywiście coś na wzór trasy koncertowej, w ramach której gracz chwyta za gitarę i – w towarzystwie rozmaitych zespołów – odgrywa poszczególne kawałki. Gdzie tu zmiany? Ano na przykład w tym, że gramy z żywym zespołem i przed równie żywą publicznością.

guitar_hero_live_ghtv_band_of_skulls.jpg

Tak, specjalnie na potrzeby gry twórcy zaprzęgli do roboty fikcyjne zespoły, a do tego wynajęli publikę, która – podobnie jak w poprzednich grach – stale reaguje na nasze gitarowe poczynania. Jeśli gramy bez zarzutu, tłumy wariują, w ruch idą smartfony, a ochroniarze mają pełne ręce roboty i starają się utrzymać pogrążony w szaleństwie lud. Jeśli gramy źle, w naszą stronę lecą... resztki jedzenia, kubki, a przed sceną robi się po prostu drętwo.

guitar_hero_live_ghtv_judas_priest.jpg

Trema

To się dopiero nazywa „production value”, co nie? Oczywiście chciałoby się, aby reakcje publiki nie były aż tak skrajne (bo tłum albo cieszy się na 200%, albo nas nienawidzi), ale w takim wypadku trzeba by było nagrać po kilkanaście wersji każdego występu, co mogłoby wyjść mocno poza budżet FreeStyle Games. W końcu statysta też człowiek i zarabiać musi, a przecież na takich udawanych koncertach ludzi nie brakuje. Musicie uwierzyć mi na słowo.

guitar_hero_live_ghtv_zz_top.jpg

Sam „feeling” uczestniczenia w takim wydarzeniu jest nie do opisania. Poprzednie gry Guitar Hero stawiały na komputerową grafikę, tutaj jest zupełnie inaczej i miejscami miałem nawet tremę (tak, tremę!), gdy po dobrze rozpoczętym kawałku nastąpił słabszy moment i „moi fani” wyraźnie mi pokazali, że dałem ciała. Człowiek ma po prostu wrażenie, że bierze udział w totalnie prawdziwym koncercie i chyba taki właśnie cel przyświecał producentom. Żeby gracz tam był.

guitar_hero_live_gh_live_1.jpg

MTV powraca

Tryb singleplayer to jednak tylko połowa zawartości – druga połowa to oczywiście multiplayer. Ten także doczekał się gruntownych zmian, bo zamiast pójścia na łatwiznę otrzymaliśmy... działający 24 godziny na dobę kanał muzyczny. A nawet dwa – jeden z mocnym brzmieniem, drugi stawiający na indie i pop. O co tu chodzi? Ano o to, że cały czas lecą tam teledyski, a gracz w każdej chwili może po prostu odpalić gitarę i odegrać aktualnie puszczany kawałek.

guitar_hero_live_gh_live_2.jpg

Czegoś takiego w grach muzycznych jeszcze nie grali. Można narzekać, że liczba puszczanych w obu stacjach utworów jest skończona, ale „skończona” to chyba złe słowo, bo tytuł ten jest stale aktualizowany i praktycznie co tydzień-dwa dodawana jest nowa muzyka. Na tę chwilę kawałków jest... około 300. Można je również odgrywać osobno, na zamówienie, ale to kosztuje – prawdziwą gotówkę lub tę wirtualną.

guitar_hero_live_gh_live_3.jpg

Muzyczna studnia bez dna

Uspokajam jednak, że spędziłem w grze jakieś kilkadziesiąt godzin i ani razu nie skorzystałem z tej pierwszej opcji. Gromadzenie wirtualnej gotówki nie sprawia większego problemu dla kogoś, kto w miarę regularnie bawi się w odgrywanie muzyki z teledysków. Dziwne natomiast jest to, że gra nie pozwala na kupno kawałka na stałe – można go jedynie wypożyczyć. Ale coś za coś – dostęp od ręki do ponad 300 utworów to naprawdę przyjemna opcja, a będzie tego więcej!