Dying Light: The Following – recenzja

Dying Light było rewelacyjną, ale nie idealną grą – zabrakło samochodów, które sprawdziły się w poprzedniej zombie-apokalipsie Polaków. Dodatek The Following naprawia to niedociągnięcie.

Paweł Olszewski Paweł Olszewski / 07-03-2016

Przy okazji premiery Dying Light wrocławski Techland zaznaczał, że jest to gra o bieganiu i skakaniu, a nie jeżdżeniu i trudno było się z tym nie zgodzić. Rewelacyjnie zrealizowana mechanika parkouru rzeczywiście napędzała tę grę, na dłuższą metę brakowało jednak pojazdów. Pełniące jedynie rolę ozdoby otoczenia samochody na każdym kroku przypominały, że w Dead Island, podobnej w założeniach produkcji Techlandu sprzed lat, dało się zasiąść za ich kółkiem. Pierwszy duży dodatek do Dying Light odpowiada więc na zapotrzebowanie graczy i wprowadza auta.

  1. dying-light-the-following-10.jpg
  2. dying-light-the-following-2.jpg
  1. dying-light-the-following-10.jpg
  2. dying-light-the-following-2.jpg

Buggy

Nie da się wsiąść do każdego stojącego na ulicy samochodu, do komunikacji dostajemy jednak zwinny łazik buggy. Jego wygląd może się kojarzyć z podobnym pojazdem z Half-Life'a2 czy ostatniej misji Bad Company 2, z tą różnicą, że tutaj można go ulepszać. Stosunkowo prosty pojazd z czasem może się więc zamienić w prawdziwą rakietę, z dodatkowymi zderzakami, reflektorami czy ulepszonym zawieszeniem. Opcji tunningu jest całkiem sporo, najważniejsze jest jednak to, że mają one realny wpływ na model jazdy. Po zainstalowaniu nowych hamulców naprawdę czuć zmianę, podobnie jak turbo. Całkiem realistyczne podejście do tematu to jednak miecz obosieczny – po kilku kraksach może się okazać, że pojazd ściąga nam na prawo, a luzy w kierownicy nie pozwalają zbyt tego skorygować. Zniszczony silnik rozwija natomiast taką prędkość, jak niespieszny trucht głównego bohatera, podczas gdy ten wciąż potrafi przecież biegać sprintem, skakać czy używać linki z hakiem. Mimo pojazdów, parkourowe ewolucje wciąż się więc przydają. Nie tylko wtedy, jak auto się zniszczy, ale też tam, gdzie po prostu buggy nie wjedzie.

dying-light-the-following-3.jpg

Tutaj wiele się nie zmieniło, grając z tego samego save'a dysponujemy rozwiniętą już wcześniej postacią. Jeżeli przyłożyliśmy się do gry w „podstawkę”, to w The Following zaczniemy naprawdę mocnym bohaterem, dla którego grupka nawet kilkunastu zombiaków nie jest problemem. Dodatek nie wymaga jednak od nas skończenia podstawowej fabuły, nic nie stoi więc na przeszkodzie do zajrzenia na przedmieścia Harran trochę wcześniej. Wtedy będzie trzeba się jednak liczyć z naprawdę wysokim stopniem trudności. Niewielka liczba zabudowań, a co za tym idzie dachów, sprawia, że często nie ma gdzie się skryć, a frontalna konfrontacja jest jedynym wyjściem. Naprawdę niebezpiecznie robi się też w nocy. Zmutowani odmieńcy potrafią przyczepić się do pojazdu i skutecznie zmniejszyć nam pasek życia. Na szczęście nie jesteśmy bezbronni.

  1. dying-light-the-following-4.jpg
  2. dying-light-the-following-5.jpg
  1. dying-light-the-following-4.jpg
  2. dying-light-the-following-5.jpg

Broń

Buggy można nie tylko ulepszać, ale też dozbrajać, a pojazd dostał całe drzewko umiejętności, na wzór tego Crane'a. Kolejne drzewko opisuje natomiast nasze relacje z lokalną społecznością, wokół której toczy się cała historia. Crane sprawdza doniesienia pewnego informatora o położonych niedaleko Harran miejskich terenach, gdzie żyją ludzie odporni na infekcję śmiertelnym wirusem. Rzeczywiście spotyka tam grupkę ocalałych, zanim ci zdradzą mu jednak swój sekret, musi wkupić się w łaskę lokalnych przywódców. Robi to, wykonując zarówno zadania fabularne jak i poboczne, których realizacja jest wręcz niezbędna do pchnięcia fabuły do przodu. Misje wiążą się ze sporą ilością biegania i jeszcze większą jeżdżenia, udostępniony w dodatku teren jest bowiem większy od miasta z podstawowej wersji gry. Mniej tam zabudowań, a więcej zielonych terenów, co jest świetnym urozmaiceniem egzotycznego i gęsto zabudowanego Harran.

dying-light-the-following-6.jpg

Większa ilość broni palnej, a także zupełnie nowa kusza z kilkoma rodzajami bełtów sprawia, że gra momentami zamienia się w tradycyjnego FPS-a. Nie jest to jednak wada The Following, wręcz przeciwnie – mechanika ta pokazuje, jak pojemnym produktem jest Dying Light, mieszcząc w sobie różne rodzaje mechanik czy historii. Ta stanowi bowiem istotny element dodatku, który potrafi zaskoczyć nawet bardziej niż fabuła z podstawowej wersji gry!

  1. dying-light-the-following-7.jpg
  2. dying-light-the-following-8.jpg
  1. dying-light-the-following-7.jpg
  2. dying-light-the-following-8.jpg

Dodatek jak pełnoprawna gra

Przejście The Following zajmuje kilkanaście godzin, drugie albo i trzecie tyle można spędzić w świecie gry na pobocznych aktywnościach czy rozbudowanym trybie multiplayer. Z użyciem pojazdów, a także typowym PvP, gdzie walczymy z innymi żywymi graczami. Wszystko to wchodzi w skład dodatku, który jest częścią przepustki sezonowej. To spory ukłon w stronę graczy ze strony Techlandu. Tego kalibru produkcje innych twórców często sprzedawane są jako osobne gry. Tu mogło być podobnie, ale nie jest. Techland szczerym podejściem do graczy, a także jakością swojej gry, spokojnie dorównał już twórcom Wiedźmina.

Czy ten artykuł był pomocny?

Korzystanie z serwisu oznacza akceptację regulaminu

Allegro