„Warlords of Draenor” zwiększa maksymalny poziom, jaki może osiągnąć nasza postać do 100. Co najlepsze: Blizzard zdaje sobie sprawę, że start od zera może odstraszyć niektórych, dlatego też razem z dodatkiem otrzymujemy jednorazową opcję zwiększenia poziomu doświadczenia wybranej przez nas postaci do 90, dzięki czemu nowi i powracający gracze mogą od razu rozpocząć zwiedzanie nowej krainy: Draenoru, czyli wersji Outland (znanej z „The Burning Crusade”) z przeszłości. To właśnie tu schronił się Garrosh Hellscream, który stanął na czele Żelaznej Hordy i planuje podbić Azeroth. Hellscream będzie też końcowym bossem tego dodatku. Zanim jednak gracze skonfrontują się z tym porywczym orkiem, czeka na nich 7 nowych pięcioosobowych lochów oraz 2 raidy (kolejne dodawane będą przez aktualizacje). Nowy kontynent składa się z 8 lokacji, które nie imponują swoim rozmiarem. Co prawda gracze zwiedzający Draenor (na razie) nie mogą korzystać z latających wierzchowców, przez co nowe strefy wydają się trochę większe, jednak nie jest to długoterminowe rozwiązanie.

10 lat robi swoje


Jeśli skończyliście swoją przygodę z „WoW-em” jakiś czas temu i zastanawiacie się, czy warto do gry wrócić za sprawą nowego dodatku, to niestety nie jestem w stanie udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Gra zgodnie z obietnicami rzeczywiście wygląda lepiej, jednak nawet po liftingu widać, że mamy do czynienia z 10-letnią produkcją. Liczyłem również na to, że Blizzard po kompletnej rewolucji przeprowadzonej w drzewkach talentów i umiejętności zrobi coś z samą mechaniką questów. Przeliczyłem się. W piątym dodatku nadal trzeba znaleźć 10 tego, zabić 20 tamtych i przynieść 15 tamtego. Sytuację nieco ratuje fakt, że w Draenorze gracze po raz pierwszy w historii gry otrzymują swój własny kawałek świata – garnizon wojskowy. Oprócz jego rozbudowy możemy rekrutować swoich komputerowych towarzyszy broni, wysyłać ich na misje lub wzywać do pomocy w walce. Niestety zarządzanie garnizonem zmienia się w codzienny obowiązek, który szybko przestaje sprawiać jakąkolwiek satysfakcję. Niestety niektóre zasoby do rozwoju umiejętności postaci związanych z rzemiosłem da się uzyskać tylko z garnizonu, więc siłą rzeczy, czy komuś się to podoba, czy nie, te kilkanaście minut dziennie będzie musiał spędzić na „zabawę w dom”.

Poziom trudności pozostawia wiele do życzenia


Niestety „Warlords of Draenor” nie spełniło moich wszystkich wymagań. Blizzard sugerował, że poziom trudności przypominać będzie ten z „The Burning Crusade” (w końcu ponownie wracamy do Outland, tyle że w innej wersji) – nie mogę się z tym zgodzić. Moim zdaniem „Wrath of The Lich King” był trudniejszym dodatkiem niż „Draenor”. Twórcy borykają się również z problemami balansu klas postaci. Tyczy się to zarówno trybu PvE, jak i PvP. Niektórzy weterani decydują się przez to nawet na zmianę klasy swojego bohatera – nie wystawia to grze zbyt dobrego świadectwa.

Czy warto?


„Warlords of Draenor” to ten sam odgrzewany kotlet, serwowany nam od dziesięciu lat. Blizzard stara się eksperymentować z formułą swojej gry i dostosować jej wygląd do standardów z 2014 roku, jednak moim zdaniem nie robi tego w dostatecznym stopniu. Drobny lifting już nie wystarczy. Ci, którzy nadal grają, powinni być zadowoleni z „Warlords of Draenor”, wydaje mi się jednak, że weterani, którym „WoW” znudził się kilka dodatków temu, jeśli wrócą, to tylko na chwilę. Szkoda.
Źródło okładki: www.blizzard.com