„Battlefield: Hardline” – recenzja

„Battlefield: Hardline” – recenzja

Do tej pory wszystkie gry z serii „Battlefield” koncentrowały się na działaniach wojennych. Tym razem jednak wcielimy się w członków oddziałów sił specjalnych policji. Mechanika „Battlefielda” wydaje się zupełnie nie pasować do zmiany skali konfliktu. Rzeczywistość, na szczęście, wygląda nieco lepiej.

„Battlefield: Hardline” to gra, która chciała nieco na siłę pozostać oryginalną. Jej twórcy, oskarżani o wtórność serii „Battlefield”, postanowili spróbować czegoś nowego. Efekt niejednokrotnie bywa komiczny – odznaka policji działa na bandziorów niczym krzyż na wampira i powoduje, że ci panicznie uciekają lub poddają się, nawet jeśli mają przewagę liczebną. To jednak nie oznacza, że „Hardline” jest grą prostą. Nie oczekujmy jednak jakiegokolwiek realizmu i nie mam tu na myśli kamizelek kuloodpornych wytrzymujących bezpośrednią serię CKM-u, a więc typowy problem strzelanek.

Tryb dla pojedynczego gracza to, tradycyjnie już dla serii „Battlefield”, krótka kampania fabularna, opowiedziana z wielkim patosem, widowiskowością i przepełniona bzdurami równie zabawnymi, co w hollywoodzkich filmach akcji (co nie jest wadą, wszak chodzi tu o dobrą zabawę). Narracja stylizowana jest na telewizyjne reality show o policjantach i ta forma sprawdza się naprawdę dobrze. Scenariusz opowieści ma ręce i nogi, po przejściu danej misji zdecydowanie chcemy się dowiedzieć tego, co wydarzy się w kolejnej. Zaryzykuję nawet twierdzenie, że „Hardline” ma najlepszą fabułę w całej historii serii „Battlefield”.

Jak w to się gra?

Choć gra w większym stopniu stawia na skradanie się i taktyczne podejście do rozgromienia przeciwników, nie raz i nie dwa będziemy brać udział w spektakularnych strzelaninach, w których trup ścieli się gęsto. Bardzo często nie jesteśmy w stanie pokonać wroga w sposób cichy i dyskretny, bez alarmowania reszty przeciwników. Gra dzięki temu jest bardziej widowiskowa, choć traci tym samym na wiarygodności czy realizmie.

To rekompensowane jest przez bardzo dobrze napisaną sztuczną inteligencję. Przeciwnicy nie są tępymi kołkami czekającymi na bycie sprzątniętymi czy aresztowanymi. Bywają nieprzewidywalni, stosują plany taktyczne, potrafią nas zaatakować w flanki lub zaskoczyć. To zdecydowanie mocna strona tej gry.

„Hardline” stara się jednak, jak może, by zachęcać nas do bycia dyskretnymi. Kryjówki bandytów wypełnione są przeróżnymi systemami alarmowymi, które najpierw wypadałoby rozbroić, by opóźnić wykrycie naszego oddziału przez wrogie siły. Nie musimy tego robić, ale granie w ten sposób daje zdecydowanie więcej satysfakcji i jest w samej grze premiowane. Promowany jest też brak rozlewu krwi – jeżeli zdołamy się zakraść do przeciwnika i tuż po byciu zauważonymi przystawić mu do twarzy odznakę, ten zostaje aresztowany, a morale innych spada.

Odświeżające dla fanów serii

Gra z kolegami, a więc kluczowy tryb „Battlefielda”, daje na szczęście mnóstwo zabawy. Mapy są dynamiczne, a możliwość wykorzystywania pojazdów, jak zawsze, w istotny sposób zmienia na korzyść mechanikę rozgrywki. Trybów gry nie brakuje, map jest bardzo dużo, a jeżeli chodzi o same mechanizmy gry, jak zawsze są one znakomicie zbalansowane i dopieszczone.

Oprawa graficzna to również wysoki poziom, choć z pewnością nie wygląda ona oszałamiająco. Wydaje mi się wręcz, że poprzednie odsłony tej gry wyglądały… lepiej. Być może jest to spowodowane tym, że „Hardline” tworzyło dodatkowe studio, które do tej pory nie miało do czynienia z silnikiem gry. Udźwiękowienie za to stoi na najwyższym poziomie.

Czy warto?

„Battlefield: Hardline”, niestety, nie zaskakuje. To nadal stary, dobry „Battlefield”, tyle że na nieco mniejszą, bardziej skondensowaną skalę. Nie jest to gra wybitna, ale z całą pewnością jest atrakcyjniejsza od typowego średniaka. W pewnych momentach roi się w niej od absurdów przedstawionego świata, a mechanika gry czasem sama „nie wie”, czego od nas oczekiwać. Co nie zmienia faktu, że bardzo dobrze się przy tej grze bawiłem. Warto kupić!

Źródło okładki: www.battlefield.com


podziel się

Maciej Gajewski

Maciej Gajewski

Już w liceum stworzył z kolegami serwis Overkill.pl, który stał się z czasem jednym z największych serwisów traktujących o muzyce metalowej. Postanowił więc iść za ciosem i spróbować kariery w dziennikarstwie. Zaczął współpracować z portalem CHIP Online, z czasem też zaczął współtworzyć miesięcznik CHIP. By nie ograniczać swojego rozwoju, dołączył również do zespołu blogerów współtworzących Spider’s Web. Specjalizuje się w pisaniu o tym, co go pasjonuje najbardziej: innowacyjnych technologiach zmieniających świat na lepsze, zarówno tych dostępnych już na rynku, jak i dopiero dopracowywanych przez naukowców i inżynierów.